Jesteś w
KONKURS |Wygraj: zaproszenia na imprezy
Artysta
Max Sedgley
Imię i nazwisko: Max Sedgley
Pseudonim artystyczny: Max Sedgley
Miejsce zamieszkania: Londyn
Urodzony:
Gatunek:
Strona internetowa: http://www.myspace.com/maxsedgley
Dotychczasowa kariera Maxa Sedgley’a to mieszanka dużego talentu, nieregularnych przypływów tego, co możemy nazwać łutem szczęścia, i ciężkiej pracy.
Co do tego, że człowiek stojący za „Happy” – jednym z najbardziej znanych rytmów tego stulecia – jest obdarzony niesamowitym talentem do tworzenia zaraźliwych, tanecznych kawałków, nie ma wątpliwości.
Posiadanie talentu, co może potwierdzić wiele gwiazd estrady, nie jest jednak wystarczającym warunkiem do zrobienia kariery w muzycznym biznesie.
Sedgley musiał postawić na wytrwałość: w swój sukces włożył wiele wysiłku. Jego dzisiejsze powodzenie nie jest efektem czyjegoś kaprysu. Bez wątpienia zapracował na miano mistrza w świecie rytmów.
Max przyznaje, że uśmiechnęła się do niego fortuna. W latach szkolnych, gdy był obiecującym, młodym perkusistą, miał nauczyciela muzyki (do dziś dziękuje mu za wpływ, jaki wywarł na jego karierę), przyjaźniącego się z Jamesem Bladesem, największym w historii Wielkiej Brytanii mistrzem perkusji.
W czasie wojny Blades skomponował dla BBC sygnał „V For Victory”, zaś później nagrał słynne uderzenia gongu rozpoczynające filmy z wytwórni J. Arthur Rank. I chociaż przekroczył już osiemdziesiątkę, przekazał swoje doświadczenia Maxowi.
W końcu talent, szczęście i ciężka praca zaowocowały debiutanckim albumem Maxa, subtelnym, i jak najbardziej trafnie zatytułowanym „From The Roots To The Shoots” („Od korzeni do pędów”). Krążek został wydany przez wytwórnię Sunday Best założoną przez Roba Da Bank.
Max zawsze chciał zostać perkusistą. Gdy był małym dzieckiem, walił we wszystko wokół siebie. Kiedy miał dwa lata, rodzice kupili mu perkusję-zabawkę – jeżeli akurat nie bawił się gdzie indziej, pokazywał za jej pomocą, że naprawdę ma talent.
„Układałem poduszki w półkola i grałem na nich łyżkami, akompaniując, bo ja wiem, Barry’emu Manilow, czy komuś innemu”, wspomina z nostalgią.
Skąd się wzięła jego miłość do rytmu? Może zaszczepił ją w nim ojciec, który był producentem w BBC, a w wolnym czasie stworzył imponującą kolekcję nagrań soulowych, funkowych i R&B?
Mogła to być też sprawka jego mamy. Jej rodzina pochodziła z Jamajki. Wielokrotnie na wakacjach chłonął nie tylko muzykę Boba Marleya i innych gigantów reggae, ale też funk z Nowego Orleanu i Miami, nadawany przez jamajskie radio.
Jak mówi: „To było idealne miejsce, by tym wszystkim nasiąknąć”.
Chociaż uniknął lekcji gry na skrzypcach, za które płacili jego rodzice, to lekcje gry na pianinie były bardzo owocne, podobnie jak już wspomniane ćwiczenia na perkusji.
Na uniwersytecie, w ramach swojego kształcenia muzycznego, poznawał klasyków muzyki – Beethovena, Mozarta i innych – zaś po zajęciach zanurzał się w szalonym, płodnym życiu nocnym Edynburga. Była to połowa lat 90., kiedy w radiu królowały hip hop i drum’n’bass, zwłaszcza drum’n’bass. W efekcie jego obecna muzyka jest połączeniem klasycznego wykształcenia i magicznego techno, tworzonego przez producentów z kręgu dance. „Mam nadzieję, że jest to udana kombinacja”, mówi Max.
Nie musi być taki skromny – po wydaniu jego nagrań przez takie wytwórnie jak Second Skin, Om, Irma i Cookin Records, oczywiste jest, że to człowiek obdarzony rzadkimi talentami.
Jego cel: „połączenie muzyki analogowej z cyfrową, świata rzeczywistego z elektronicznym tak, by niezależnie od stylu efekt zawsze emanował świeżością”, został osiągnięty. I nie tylko on.
Nagranie „Happy”, ukończone przed pięciu laty, „w ten wieczór, gdy Bush został wybrany po raz pierwszy”, utorowało mu dalszą drogę na muzycznej ścieżce – wśród jego pierwszych entuzjastów znaleźli się tacy DJ’e jak Mr Scruff, Gilles Peterson i Pete Tong. Tym niemniej prawdziwy, wielki sukces przyszedł wraz z nagraniem płyty „From The Roots To The Shoots” („To coś, co pokazuje wpływ mojej dawnej szkoły, korzenie, z których wyrosły później nowoczesne, barwne pędy” - tak o tytule płyty mówi Max).
Od bezpretensjonalnego, unowocześnionego, syntetycznego popu w „I’ve Been Waiting”, po połamany funk i poszarpane electro w „Déjà Vu”, przez głębokie, utrzymane w stylu Joe Claussella, rytmy „Ego Spiritual”, całość tworzy album, jaki George Clinton nagrałby, gdyby był białym facetem z południowego Londynu, mającym lekkiego hopla na punkcie disco.
„Celebrity” jest na wskroś funkowa, stanowi komentarz do współczesnego społeczeństwa i pokazuje, jak mógłby brzmieć electro-clash, gdyby nie utracił swoich rytmicznych korzeni. „Slowly”, z nastrojowymi partiami skrzypiec, sprawia, że wizja powrotu trip hopu nie jest już taką okropną perspektywą.
Płyta ta to najlepsze dyskotekowe brzmienie.
Na koniec jeszcze jedna myśl: kończąc studia na uniwersytecie Max dał sobie pięć lat na osiągnięcie celu. Gdy nadchodził punkt kulminacyjny tego okresu, nagrał „Happy”.
Max Sedgley to człowiek, któremu się nie odmawia. Gdy jest u steru, nadaje swojemu otoczeniu rytm.
Zobacz również:
- brak materiałów pokrewnych
Komentarze: [0]